Kto
podczytuje mnie już jakiś czas wiem, że ja recenzje piszę szczerze. Co mam na
sercu to piszę i już. Jak książka mi się podoba to recenzja jest na tak a jak
mi się nie podoba to mi się nie podoba i już.
Swego czasu,
kilka miesięcy temu (specjalnie tak długo zwlekałam żeby nie bardzo można było
skojarzyć), napisałam dość krytyczną opinię na temat pewnej książki. Wysłałam
link do autora i do wydawnictwa. Wydawnictwo już się nie odezwało do mnie a
autorka zmieszała mnie z błotem. Nawet bym się nie dowiedziała że tak jest
gdyby nie pewna dobra osoba która na profilu autorki zobaczyła wątek o mnie i
przytoczyła kila komentarzy pod nim. Normalnie włosy stanęły mi dęba. Ja
wyraziłam swoją opinię a kobieta pojechała po mnie równo. Wraz ze swoimi
znajomymi naigrawała się z tego jakie książki czytam, jakie mi się podobają. Jakich
wyrażeń używam pisząc recenzje.
Zastanawiała się co by było jakbym przeczytała jakąś książkę historyczną
czy którąś z książek Joanny Bator. Historię i wszystkie książki z nią związane
uwielbiam a Piaskową Górę pod wpływem tego komentarza przeczytałam. I strasznie
mi się podobała. Poczułam się dość mocno urażona przez autorkę i jej
przyjaciół. Kobieta ta zadrwiła ze mnie,
zakpiła, wręcz czuję się urażona przez nią do dziś, szkoda że nie mogę przytoczyć Wam o co mi chodzi. I
trochę taka zniesmaczona bo autorka kilku książek i taka dziecinada? Zła byłam,
że nie miałam prawa obrony u Niej na FB bo post był tylko dla znajomych. Ale próbuję
zapomnieć. Do tego stopnia, że niedawno czytałam kolejną książkę tej autorki
która jest rewelacyjna. Mogła czuć się rozżalona. Ale ludzie przecież nie
wszystkim wszystko musi się podobać. Tym bardziej, że w opinii na temat tej
książki nie byłam odosobniona a później okazało się, że tylko mi książka się
nie podobała. Trudno, a się nie wyłamałam napisałam co o niej myślę i tyle. Nie
wiem tylko czy należało mi się aż takie potraktowanie.
Nie jestem
profesjonalnym krytykiem, nie kończyłam też filologii polskiej. Piszę tak jak
czuję i potrafię. Nie wiem czemu słowo „szok” wzbudziło takie oburzenie i
zarzuca mi się coś czego nie napisałam. Czy powodem do kpin może być to, że nie
podobały mi „Sklepy cynamonowe”? Takie
zachowanie sprawia, że tracę zapał do pisania i czytania . Bo jeśli mam czuć to
czego chcą autorzy czy wydawcy i pisać same laurki, a nie koncentrować się na
swoich odczuciach to dla mnie jest bez sensu. To po co w ogóle czytać, napisać
recenzję piękną i już. Moim zdaniem swoboda pisania recenzji też została zachwiana
bo teraz będę się zastanawiała nad każdym słowem.
Czy pisanie
recenzji ma polegać na podkładaniu się autorowi i wydawcom by byli szczęśliwi i
zadowoleni nawet gdy książka jest do niczego? Mam pisać „recki miodzio” a
resztę zatrzymać dla siebie. Czemu nie mam z czystym sercem polecić lub
odradzić książki? Przecież w tym celu większość czytelników zagląda na blogi,
by sprawdzić czy książka jest warta uwagi. Z tego wszystkiego wynika, że
powinnam siedzieć cicho, nie wychylać się. Czemu? Bo dostaję książkę za darmo? To
takie sprzedawanie się, dobra recenzja za książkę. Tylko czy wtedy recenzent
będzie wiarygodny? Bo dostaję książkę za darmo to powinnam pisać same
słodkości? Nie muszę dostawać książek do recenzji, może rzeczywiście nie
powinnam. Ale nie zamierzam robić nic przeciw sobie swojemu sumieniu. Nawet
teraz czytam książkę, która mnie nie zachwyca i nie zawaham się o tym napisać. Zamierzam być wiarygodną blogerką, która jak poleca to naprawdę poleca a jak odradza to nie kupujcie i już. Najwyżej będę od Was pożyczać książki, Kasia już mnie wspiera.
Przepraszam,
że jestem tak chaotyczna ale wiele emocji się kłębi we mnie w związku z tym
tematem, których nie potrafię a może nie chcę przelać na papier.




